Aktualności

Święta Jadwiga Śląska – patronka parafii w Olszowej

14 października 2026

Święta Jadwiga Śląska jest patronką Polski, Śląska, a także pokoju i współpracy między narodami.
Czczona jest również jako patronka uchodźców, małżeństw oraz chrześcijańskich rodzin.

Św. Jadwiga Śląska – urodziła się około roku 1174 na zamku Andechs w Bawarii. Jej rodzicami byli Bertold i Agnieszka, hrabiowie Andechs, którzy również tytułowali się książętami Meranii, Kreocji i Dalmacji.

Mając dwanaście lat została poślubiona przez wrocławskiego księcia Henryka Brodatego, z którym miała pięcioro dzieci: Konrada, Henryka, Agnieszkę, Zofię i Gertrudę.

Rodzina była bardzo religijna i dbała o rozwój Kościoła miedzy innymi poprzez fundowanie kościołów i klasztorów, w tym kościoła pw. św. Bartłomieja w Trzebnicy koło Wrocławia. Święta znana była z niezwykłej litości dla ludzi chorych i ubogich. Prowadziła działalność dobroczynną, zorganizowała wędrowny szpital dla ubogich, ufundowała szpital dla trędowatych w Środzie Śląskiej. W życiu osobistym z wielką pokorą przyjmowała wszelkie trudności.

Ogromnym ciosem była śmierć syna Henryka Pobożnego, który poległ jako dowódca wojsk chrześcijańskich w walce z Mongołami pod Legnicą w roku 1241. Po śmierci męża w roku 1238 zamieszkała w ufundowanym przez siebie klasztorze sióstr cysterek w Trzebnicy gdzie jej córka Gertruda była przeoryszą.

Zmarła w opinii świętości 15 października 1243 roku i została pochowana w kościele św. Bartłomieja w Trzebnicy.

fot. Świdnicki Portal Historyczny

Kanonizowana przez papieża Klemensa IV w dniu 26 marca 1267 roku. Grób świętej Jadwigi odwiedzali monarchowie i ich żony: Władysław Łokietek, król węgierski Maciej Korwin, żona późniejszego króla Stanisława Leszczyńskiego Katarzyna Opalińska. W 1680, na prośbę króla Jana III Sobieskiego i jego żony, papież Innocenty XI rozszerzył kult św. Jadwigi Śląskiej na cały Kościół Katolicki. Po tym wydarzeniu zaczęto czcić Świętą w innych regionach Polski. Kościół czci św. Jadwigę w dniu 16 października, a jej imię wymienia się w Litanii do Wszystkich Świętych.

Jest główną patronką Śląska i archidiecezji wrocławskiej

XXVI Dzień Papieski

4 października 2026

Jego życie i słowa wciąż inspirują nas do tego, by odnawiać Kościół i świat oraz być uczniami-misjonarzami – napisali o św. Janie Pawle II biskupi w liście pasterskim zapowiadającym XXVI Dzień Papieski. Będzie on obchodzony w całej Polsce i środowiskach polonijnych w niedzielę, 11 października.

 

3.10.2026 r.

„Jednym z tych wielkich proroków, których Bóg nam posłał, by nas obudzić, był św. Jan Paweł II” – podkreślili biskupi w liście pasterskim na XXVI Dzień Papieski. Nawiązując do tegorocznego hasła „Św. Jan Paweł II – uczeń-misjonarz” wskazali, jak być „uczniem-misjonarzem”. Zaznaczyli, że „wszystko w naszym życiu duchowym zaczyna się od osobistego doświadczenia, że Bóg jest miłością”. „Tego pełnego czułości Chrystusowego spojrzenia doświadczamy w sakramentach, szczególnie w Eucharystii, na modlitwie, w Słowie Bożym i we wspólnocie wierzących w Kościele. Nie możemy zapomnieć także o katechezie, poprzez którą poznajemy coraz gruntowniej tajemnicę Chrystusa” – napisali biskupi.

Stawać w prawdzie o sobie i dawać świadectwo życia

Podkreślili, że „prawdziwy uczeń nie ucieka od prawdy o sobie”, którą poznaje przez codzienne, zwykłe rzeczy: „krótki, wieczorny rachunek sumienia, dobrą spowiedź, rekolekcje, mądre kierownictwo duchowe”. Wskazali też na wartość dawania autentycznego świadectwa w codziennym życiu, o czym często przypominał św. Jan Paweł II. „Żyjemy w świecie ludzi wpatrzonych w smartfony, tablety i ekrany. Oni natychmiast wyczują fałsz. Oni chcą widzieć w nas prawdziwych chrześcijan z krwi i kości” – napisali biskupi. „Możemy być pierwszą Ewangelią, którą przeczytają nasi sąsiedzi, przyjaciele i dzieci. Naszą misją może być odwaga czynienia znaku krzyża w pociągu, zdolność do postu w środowisku, w którym takie gesty bywają ośmieszane i wreszcie to, że nasze rodziny stanowią środowisko bezinteresownej miłości” – podkreślili.

Promować chrześcijańską wizję człowieka

 W dalszej części listu, biskupi zwrócili uwagę na to, że ewangelizacja nie jest zarezerwowana tylko dla księży i sióstr zakonnych, a bycie misjonarzami nie musi oznaczać wyjazdu poza granice Ojczyzny. „Świeccy katolicy, według świętego Jana Pawła II, mają szczególne obszary dawania świadectwa w miejscach często niedostępnych dla osób duchownych” – czytamy w liście. „Bardzo potrzeba dziś zaangażowania świeckich, którzy z kompetencją i odwagą będą promować chrześcijańską wizję człowieka, rodziny, pracy i wspólnoty narodowej” – napisali biskupi, zachęcając do świadectwa w swoich środowiskach życia. „Uczniowie-misjonarze muszą upominać się o respektowanie godności ludzkiej pracy, walczyć o uczciwość, prawdę, pokój, solidarność, miłosierdzie, troszczyć się o miłość Ojczyzny i dobro wspólne” – podkreślili. Dodali też, że dziś „nowym kontynentem misyjnym stał się też Internet, w tym media społecznościowe oraz tzw. „sztuczna inteligencja”. Jednocześnie zwrócili uwagę na to, że „żadna maszyna, choćby potrafiła najmądrzej cytować Biblię i opowiadać o wierze, nie nakarmi ludzkiej duszy i nigdy nie zastąpi człowieka, który z pasją świadczy o Chrystusie”.

Wychowywać uczniów-misjonarzy

Biskupi w liście przed XXVI Dniem Papieskim zauważyli, że zadanie wychowywania uczniów-misjonarzy stawia sobie również Fundacja „Dzieło Nowego Tysiąclecia”, „łącząc rozwój talentów z formacją duchową”. „W przyszłą niedzielę, podczas kwesty przy kościołach i w miejscach publicznych, będziemy mogli wesprzeć budowany od 26 lat „żywy pomnik” św. Jana Pawła II. Niech nasze zaangażowanie będzie świadectwem, że chcemy być rzeczywiście uczniami-misjonarzami” – zachęcili.

BP KEP

Pełny tekst listu:

Św. Jan Paweł II, Uczeń-Misjonarz
List pasterski Konferencji Episkopatu Polski zapowiadający ogólnopolskie obchody XXVI Dnia Papieskiego, 11 października 2026 r.

Drodzy uczniowie-misjonarze, Siostry i Bracia!

Przypowieść o winnicy z dzisiejszej Liturgii Słowa w najszerszym sensie jest obrazem historii świata. Bóg z niesamowitą cierpliwością nieustannie posyła do nas swoich proroków, by głosili Jego miłosierdzie i wzywali nas do nawrócenia.

Jednym z tych wielkich proroków, których Bóg nam posłał, by nas obudzić, był św. Jan Paweł II. Jego życie i słowa wciąż inspirują nas do tego, by odnawiać Kościół i świat oraz być uczniami-misjonarzami. Stąd hasło XXVI Dnia Papieskiego, który będziemy przeżywać już za tydzień, w całej Polsce i środowiskach polonijnych. To piękne określenie, uczeń-misjonarz, pochodzi z nauczania papieża Franciszka, ale swoimi korzeniami sięga głęboko dokumentu św. Jana Pawła II o powołaniu i misji świeckich w Kościele i świecie (Christifideles laici). A podczas pierwszej pielgrzymki do Ojczyzny Papież Polak mówił nam wprost: Musicie myśleć o sobie w kategoriach uczniów Chrystusa. Chrystus wciąż ma uczniów, wszyscy jesteśmy Jego uczniami (por. Częstochowa, 6 czerwca 1979 r.). Czy tak o sobie myślimy?

I. Uczeń rodzi się z miłości

Wszystko w naszym życiu duchowym zaczyna się od osobistego doświadczenia, że Bóg jest miłością. Nasza droga wiary rozpoczyna się w dniu Chrztu Świętego, ale przecież nie jest to tylko jednorazowy obrzęd z przeszłości. Bóg nie pokochał każdego z nas tylko raz i kiedyś. On kocha aktualnie i aktywnie, niezależnie od tego, jak bardzo skomplikowało się nasze życie. Czy o tym ciągle pamiętamy? Czy ta łaska chrztu ma realne konsekwencje w naszej poniedziałkowej drodze do pracy, w relacjach z rodziną, w naszym czasie wolnym?

Chrystus patrzy na Was z miłością! Patrzy z miłością na każdego człowieka – pisał do młodych św. Jan Paweł II – Gdy wszystko przemawia za tym, aby zwątpić w siebie oraz w sens własnego życia, wówczas to spojrzenie Chrystusa, świadomość miłości, która w Nim okazała się potężniejsza od wszelkiego zła i wyniszczenia – ta świadomość pozwala nam przetrwać (św. Jan Paweł II, List Parati semper). Tego pełnego czułości Chrystusowego spojrzenia doświadczamy w sakramentach, szczególnie w Eucharystii, na modlitwie, w Słowie Bożym i we wspólnocie wierzących w Kościele. Nie możemy zapomnieć także o katechezie, poprzez którą poznajemy coraz gruntowniej tajemnicę Chrystusa. Bycie uczniem to jednocześnie relacja, którą trzeba nieustannie pielęgnować i o nią dbać, aby żyć w zjednoczeniu z Chrystusem. Miłość Boga jest siłą, która ucznia czyni misjonarzem, a misjonarz nie może nie świadczyć o tym, czego doświadcza.

II. Misjonarze codziennego życia

Prawdziwy uczeń nie ucieka od prawdy o sobie. Odkrywamy więc siebie – mówił św. Jan Paweł II – człowieka wewnętrznego z jego właściwościami, talentami, szlachetnymi pragnieniami, ideałami – ale równocześnie odkrywamy słabości, wady, złe skłonności, egoizm, pychę, zmysłowość. Czujemy doskonale, że o ile pierwsze rysy naszego człowieczeństwa zasługują na to, aby je rozwijać i umacniać – to drugie musimy przezwyciężać, zwalczać, przetwarzać. Jak? Przez codzienne, zwykłe rzeczy: krótki, wieczorny rachunek sumienia, dobrą spowiedź, rekolekcje, mądre kierownictwo duchowe. Każda wielka przemiana tego świata zawsze, bez wyjątku, zaczyna się od przemiany nas samych.

Najskuteczniejszym narzędziem ewangelizacji jest zwykłe świadectwo. Św. Jan Paweł II w genialny sposób przypominał, że współczesny człowiek ufa doświadczeniu i faktom, a nie teoriom. Człowiek współczesny bardziej wierzy świadkom, aniżeli nauczycielom – pisał papież-Polak w Redemptoris Missio – (…) Pierwszą formą świadectwa jest samo życie misjonarza, rodziny chrześcijańskiej i kościelnej wspólnoty, które uwidacznia nowy sposób postępowania (RM, 42).

Żyjemy w świecie ludzi wpatrzonych w smartfony, tablety i ekrany. Oni natychmiast wyczują fałsz. Oni chcą widzieć w nas prawdziwych chrześcijan z krwi i kości. Z podziwem, a czasem może nawet z zazdrością, patrzymy na ludzi, którzy podczas festiwali, koncertów, w przestrzeni internetowej, poprzez książki dzielą się historiami nawrócenia i Bożego działania w ich życiu. Czasem jednak ważniejsze i trudniejsze jest świadectwo naszego codziennego życia. Możemy być pierwszą Ewangelią, którą przeczytają nasi sąsiedzi, przyjaciele i dzieci. Naszą misją może być odwaga czynienia znaku krzyża w pociągu, zdolność do postu w środowisku, w którym takie gesty bywają ośmieszane i wreszcie to, że nasze rodziny stanowią środowisko bezinteresownej miłości.

III. Świat potrzebuje świadków

Ewangelizacja nie jest więc zarezerwowana tylko dla księży i sióstr zakonnych. Na mocy chrztu jako uczniowie Chrystusa wszyscy jesteśmy misjonarzami. Bycie uczniem-misjonarzem nie musi dziś oznaczać nawet przekraczania granic swojej Ojczyzny. Jesteście powołani do pracy misyjnej na terenach, które niekoniecznie leżą w dalekich krajach, ale mogą się znajdować wszędzie, także i tam, gdzie żyjecie na co dzień – pisał do młodzieży św. Jan Paweł II. – Nie lękajcie się zaproponować Chrystusa temu, kto Go jeszcze nie zna. Oczywiście należy to czynić z zachowaniem należnego szacunku dla wolności sumienia każdego człowieka, ale koniecznie trzeba to czynić (por. Orędzie na VII Światowe Dni Młodzieży 1992 r.). Papież przekonywał młodych, że pomoc komuś w odkryciu Jezusa to największy akt miłości bliźniego, jaki możemy mu podarować.

Świeccy katolicy, według świętego Jana Pawła II, mają szczególne obszary dawania świadectwa w miejscach często niedostępnych dla osób duchownych (por. ChL 32-44). Są nimi m.in.: troska o godność i życie człowieka we wszystkich etapach jego rozwoju, wolność religijna, rodzina, wolontariat i dzieła miłosierdzia, zaangażowanie w politykę i kwestie społeczno-gospodarcze oraz kultura. Dzisiaj nowym kontynentem misyjnym stał się też Internet, media społecznościowe oraz niesamowite wyzwania, jakie niesie ze sobą tzw. „sztuczna inteligencja”. Pamiętajmy jednak, że żadna maszyna, choćby potrafiła najmądrzej cytować Biblię i opowiadać o wierze, nie nakarmi ludzkiej duszy i nigdy nie zastąpi człowieka, który z pasją świadczy o Chrystusie.

Jesteśmy świadkami wielu inicjatyw, w których świeccy wraz z duchownymi podejmują posługę głoszenia Słowa Bożego. Jeżeli jednak spojrzymy na świat nauki, polityki, ekonomii i kultury, to nie jest on dostatecznie przeniknięty wartościami chrześcijańskimi. Utopią byłoby myślenie, że da się stworzyć idealny system gospodarczo-polityczny. Nie znaczy to jednak, że jako chrześcijanie nie mamy w te przestrzenie konsekwentnie wchodzić i przemieniać je w duchu Ewangelii. Bardzo potrzeba dziś zaangażowania świeckich, którzy z kompetencją i odwagą będą promować chrześcijańską wizję człowieka, rodziny, pracy i wspólnoty narodowej. Uczniowie-misjonarze muszą upominać się o respektowanie godności ludzkiej pracy, walczyć o uczciwość, prawdę, pokój, solidarność, miłosierdzie, troszczyć się o miłość Ojczyzny i dobro wspólne. W dużym stopniu realizuje się to poprzez edukację oraz działalność organizacji, których członków łączą wyznawane wartości chrześcijańskie.

IV. „Żywy pomnik” św. Jana Pawła II

Zadanie wychowywania uczniów-misjonarzy stawia sobie również Fundacja „Dzieło Nowego Tysiąclecia”, łącząc rozwój talentów z formacją duchową. Dzięki wsparciu finansowemu Fundacji – wspomina pochodząca z okolic Otwocka Zuzanna – mogłam w liceum kupić laptop, na którym przygotowywałam się do matury z informatyki, a także opłacić dodatkowe zajęcia z angielskiego i francuskiego. Ze stypendium finansowałam wydatki związane z wyczynowym uprawianiem lekkiej atletyki. Fundacja pokazała mi również podstawy wiary, zapewniła wsparcie formacyjne i dostęp do wyjątkowych osób duchownych, które przez te lata pomagały mi w drodze nawrócenia. Obecnie studiuję w Filadelfii i pracuję naukowo, wykorzystując metody uczenia maszynowego do projektowania urządzeń wspierających naukę mowy u dzieci z autyzmem. Moim marzeniem jest założenie rodziny na wzór świętych Zelii i Louisa Martinów.

W przyszłą niedzielę, podczas kwesty przy kościołach i w miejscach publicznych, będziemy mogli wesprzeć budowany od 26 lat „żywy pomnik” św. Jana Pawła II. Niech nasze zaangażowanie będzie świadectwem, że chcemy być rzeczywiście uczniami-misjonarzami.

Na czas owocnego przeżywania XXVI Dnia Papieskiego udzielamy wszystkim pasterskiego błogosławieństwa.

Podpisali pasterze Kościoła katolickiego w Polsce obecni na 405. Zebraniu Plenarnym Konferencji Episkopatu Polski.

Łomża, 10 czerwca 2026 r.

Przyszliśmy prosić św. Franciszka o pokój w świecie i w sercach

3 października 2026

To jest coś, co przeszywa duszę – tak pielgrzymi z Polski opowiadali Vatican News o emocjach związanych z oddaniem czci i modlitwie przy doczesnych szczątkach św. Franciszka, wystawionych w Asyżu w 800 lat po jego śmierci. Przybyliśmy prosić, aby sprowadzał na nas Boże błogosławieństwo pokoju – mówią pielgrzymi.

Wojciech Rogacin – Asyż

Rześki poranek w lutym na dziedzińcu przed dolną bazyliką w Asyżu. W skupieniu i z cierpliwością około stuosobowe grupy oczekują na swoją kolej do wejścia do Bazyliki, aby ujrzeć i oddać cześć szczątkom św. Franciszka z Asyżu. Po raz pierwszy w historii, właśnie w 800 lat po śmierci Biedaczyny z Asyżu, jego szczątki zostały na 30 dni wystawione publicznie, do oddawania czci przez wiernych.

Ziarno, które obumarło i wydało plon

„Na którą macie wejście?” – pyta oficer służb kierujących ruchem pielgrzymów. „Na 10.30” – słychać odpowiedź. „To zaczekajcie jeszcze na placu na swoją kolej.” W tym czasie wcześniejsze grupy w wielkim namiocie są instruowane, jak zachować się podczas nawiedzenia oraz czego oczekiwać w trakcie tego duchowego przeżycia.

Na ekranach w namiocie widać kiełkujące ziarno. I powtarzający się napis z Ewangelii św. Jana: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity.”

To Franciszek – który ogołocił się ze wszystkiego, a upodabniając się do Jezusa, stał się jak ziarno, które po tym, jak obumarło, przynosi od wieków ogromne plony duchowe. Takie, jak i to zgromadzenie pielgrzymów, przybyłych do Asyżu w 800 lat po śmierci Biedaczyny.

Każdy z nich może ponownie przemyśleć, o tym, co odrzucić, z czego się „ogołocić”, aby móc przybliżyć się do Boga – jak święty patron tego miejsca.

450 tysięcy, w tym wielu Polaków

Wokół przemieszczające się grupy ludzi. Słychać język włoski, polski, francuski i wiele innych. Grupa amerykańskich księży zmierza do górnej bazyliki na Mszę św. Za nimi liczna pielgrzymka rodzin z Francji – dorośli z małymi dziećmi. Wszyscy z pomarańczowymi opaskami, żeby nie zgubić się w tłumie.

„Nie robimy zdjęć. Proszę pani – proszę schować telefon” – słychać od porządkowych wewnątrz bazyliki. Ludzie posłusznie chowają smartfony. Trwa chwila skupienia, modlitwy i cierpliwego oczekiwania.

To pierwsze w historii publiczne wystawienie szczątków św. Franciszka w Asyżu. Wcześniej udostępniono je przed laty tylko wybranym osobom jednego dnia. Teraz od 22 lutego do 22 marca modlić się przy szczątkach świętego mogą wierni, którzy zapisali się poprzez stronę sanfrancescovive.org.

Jak podaje Święty Konwent Braci Mniejszych (Sacro Convento) – zapisało się około 450 tys. osób. 80 procent z nich pochodzi z Włoch, których św. Franciszek jest jednym z największych synów. Kolejną najliczniejszą grupę stanowią Amerykanie – ok. 5 tys., a niedaleko za nimi są Polacy. Jak mówi Andrea Cova z biura prasowego Franciszkanów, pielgrzymów z Polski zapisało się 3752.

To coś, co przeszywa duszę

„Przyjechaliśmy z Lublina. Postanowiliśmy dzieciom pokazać te ważne miejsca, o których uczą się w szkole. Chodzą do szkoły katolickiej” – mówi Agnieszka Dyś, która do Asyżu przybyła z mężem Grzegorzem oraz dziećmi – Wiktorią, Mateuszem i Natalią.

„Modlitwa przy relikwiach św. Franciszka, to coś wyjątkowego. To jest coś, co przeszywa duszę” – Agnieszce łamie się głos ze wzruszenia. „To moment refleksji nad tym, jak człowiek przeżywa swoje życie, nad tym, co nas czeka, jak je przeżywał św. Franciszek, a jak my przeżywamy” – dodaje.

I rzeczywiście, moment nawiedzenia relikwii Biedaczyny z Asyżu jest wyjątkowy. Najpierw kilkuminutowa katecheza w Bazylice, przypomnienie, że życie Franciszka było ofiarą z siebie złożoną Bogu, którego miał za jedynego Ojca. Było ewangelicznym ziarnem. Potem spacer w zupełnej ciszy, razem z setką innych osób z grupy wzdłuż ścian pokrytych freskami Giotta – sceny z Kalwarii Chrystusa i kluczowe momenty życia Franciszka. Wreszcie cel tej pielgrzymki – mała szklana skrzynia ze złożonymi kośćmi świętego.

Agnieszka długo stała wpatrując się w nie w ciszy modlitwy polecając dzieci, bliskich, a także rozważając swoje życie.

Franciszek jest z nami i sprowadza błogosławieństwo

Podobnie, jak o. Łukasz Pazgan, proboszcz parafii św. Antoniego w Jaśle, który wskazuje, że te kości, to właśnie to ziarno, o którym mówi Ewangelia. „To ziarno, które obumarło, a cały czas wydaje owoce – poprzez swój charyzmat” – mówi o. Łukasz. „Chcemy w tym szczególnym czasie jubileuszowym powrócić do korzeni, do pierwotnego źródła, do świadomości, że św. Franciszek jest z nami i błogosławi, i sprowadza na nas błogosławieństwo Boga na naszą parafię, wspólnotę” – dodaje o. Łukasz.

Proboszcz z Jasła przyjechał ze współbratem o. Piotrem Chmielewskim i jedną z rodzin z parafii. Tam, na Podkarpaciu, szczególnie odczuwa się potrzebę wartości, jakie swym życiem głosił św. Franciszek – pokoju, braterstwa, pokory.

„Szczególnie chcemy modlić się o pokój. Widzimy, co się dzieje za wschodnią granicą” – dodaje o. Łukasz. „Modlimy się o pokój na Ukrainie, ale i w naszych rodzinach, prosimy św. Franciszka aby to błogosławieństwo pokoju na nas sprowadzał” – dodaje.

Napływ wiernych

Pomimo upływu godzin, rzeka pielgrzymów do Bazyliki w Asyżu nie maleje. W późnych godzinach popołudniowych wciąż nowe grupy oczekują na oddanie czci i modlitwę przy relikwiach świętego Franciszka.

„Pierwszego dnia – w niedzielę 22 lutego – mieliśmy 18 tysięcy pielgrzymów. Od poniedziałku codziennie jest ich około 11-12 tysięcy” – mówi Andrea Cova, koordynator biura prasowego w Asyżu. I dodaje, że w weekend ponownie spodziewanych jest ok. 20 tys. pielgrzymów dziennie.

Ziarna pamięci

Każdy z nich wychodzi stąd z podarowanymi ziarnami pszenicy i maleńkimi kartonowymi doniczkami. Po to, aby zasiać te ziarenka w domu i ponownie przypomnieć sobie, że aby wydać plon, ziarno musi obumrzeć.

Źródło: VATICAN NEWS, 26 lutego 2026, 09:56

Życiorys Ojca Pio

23 września 2026

„Jezu, Maryjo i Józefie Święty, Wam oddaję duszę i ciało moje, bądźcie ze mną w chwili konania!” – ostatnie słowa Ojca Pio.

Urodził się 25 maja 1887 w Pietrelcinie, wiosce położonej kilka kilometrów od Benevento w Kampanii. Jego ojciec, Grazio Forgione, znany powszechnie jako „Razio” lub „Wuj Razio”, dzierżawił kawałek ziemi i z tego utrzymywal rodzinę.

Matka, Giuseppa De Nunzio była kobietą bardzo pobożną. Ojciec Pio został ochrzczony w kościele Matki Boskiej Anielskiej, położonym w górnej części Pietrelciny, zwanej „Zamkiem”.

Na chrzcie otrzymał imię Franciszek. Był piątym z ośmiorga dzieci, biorąc pod uwagę także dwoje zmarłych w wieku niemowlęcym i jedno poronienie. Od wczesnych lat pomagał rodzinie w ciężkiej pracy na roli, a przede wszystkim przy wypasie owiec. Kiedy poczuł powołanie do życia zakonnego we wspólnocie ojców kapucynów, jego ojciec z radością podjął się pokrycia kosztów studiów i wyemigrował w tym celu do Ameryki.

Po ukończeniu piętnastu lat, Franciszek został przyjęty do nowicjatu w Morcone, gdzie 22 stycznia 1903 r. przywdział habit świętego Franciszka, przyjmując imię brat Pio. Słabe zdrowie zmuszało go jednak do przeplatania życia zakonnego okresami rekonwalescencji, spędzanymi w rodzinnej wiosce. Uważano go powszechnie za gruźlika do tego stopnia, iż obawiano się, że nie dotrwa do kapłaństwa, a jeśli nawet, to nie będzie w stanie żyć w surowej regule św. Franciszka. Silną wolą Ojciec Pio przezwyciężył jednak wszystkie trudności i 10 sierpnia 1910 r. otrzymał święcenia kapłańskie w katedrze w Benevento.

Jego zdrowie było nadal bardzo słabe, dlatego też – poza krótkimi okresami życia klasztornego – przebywał z woli przełożonych w swej rodzinnej wiosce.

W miarę swoich sił pomagał w pracy duszpasterskiej tamtejszemu proboszczowi, Don Salvatore Pannullo. Przełożeni z ojcowską troską obserwowali jego rozwój, utrzymując z nim częstą korespondencję, która odsłoniła przed nimi silę ducha tego bardzo młodego brata. Powołanie do wojska w listopadzie 1915 r. przerwało okres pobytu Ojca Pio w Pietrelcinie. W marcu 1918 r. Zwolniony został z wojska z powodu obustronnego odoskrzelowego zapalenia płuc.

Latem tego samego roku wrócił do San Giovanni Rotondo, by nigdy już stamtąd nie wyjechać. 20 września 1918 r. obdarzony został zjawiskiem nadzwyczajnym – stygmatami. Pojawiły się one już wcześniej, w roku 1910, w Piana Romana w okolicy Pietrelciny, jednak dzięki jego modlitwom pozostały niewidoczne. Teraz ukazały się znowu, tym razem już na stale, wywołując rozgłos. Wieść o świętości zakonnika rozeszła się po całym świecie.

Przybywali do niego tłumnie ludzie z wielu krajów, a Kościół i nauka stanęły wobec trudnego problemu. Pomimo tłumów, które go otaczały, ciekawości, polemik i sporów, Ojciec Pio z pokorą, wytrwałością i posłuszeństwem spełniał swe obowiązki duszpasterskie, zwłaszcza sprawowania Mszy św. oraz spowiadania wiernych. Spowiedzi stały się tak liczne, że zmusiły Ojca Pio do prowadzenia wyjątkowo męczącego trybu życia.

W ciągu kolejnych pięćdziesięciu lat w życiu Ojca Pio nie nastąpiły właściwie żadne zmiany: Msza św., spowiedź, spotkania z wiernymi potrzebującymi jego kierownictwa duchowego. Odwiedzały go w klasztorze znane osobistości: całe rodziny królewskie, mężowie stanu, wysocy dostojnicy kościelni, ludzie kultury i sztuki. Przybywały do niego tysiące ludzi wszelkich ras; wszystkim udzielał zdecydowanych wskazań dotyczących życia duchowego, ucząc napomnieniem i przykładem, że podstawą życia musi być modlitwa.

Korzyści płynące z jego przykładu – z jego poświęcenia na rzecz dusz ludzkich – były wprost niezliczone. Imponująca jest liczba osób, które zawdzięczają Ojcu Pio duchową przemianę. Niezliczone są również korzyści materialne uzyskane dzięki jego modlitwie. Zmarł 23 września 1968 r. w wieku 81 lat, podczas wykonywania swoich codziennych obowiązków. Jego nauka pozostaje jednak żywa.

Jezu, Maryjo i Józefie Święty, Wam oddaję duszę i ciało moje, bądźcie ze mną w chwili konania!” – ostatnie słowa Ojca Pio.

 

Stygmaty

W miesiąc po święceniach kapłańskich Ojcu Pio przydarzyło się coś niezwykłego. Znajdował się w ogrodzie, modlił się i medytował w cieniu wiązu, kiedy ukazali się mu Jezus i Maryja. Poczuł nagle silne pieczenie na dłoniach rąk i zobaczył na nich Chrystusowe rany. Pobiegł do proboszcza Pannullo i powiedział: „Wujku Tore, błagam, prośmy Chrystusa, by uwolnił mnie od tych znaków. Pragnę cierpieć, umrzeć z cierpienia, ale żeby to było w ukryciu”. Znaki znikły. Zjawisko powtórzyło się za rok. Ojciec Pio tak opisał swoje cierpienia: „W środku obu dłoni pojawiły się czerwone plamy o wielkości centymetra. Towarzyszył temu silny i przenikliwy ból, dotkliwszy w lewej ręce. Ból odczuwam także pod stopami”. „Od czwartku aż do soboty, a także we wtorek przeżyłem ogromne boleści. Serce, dłonie, stopy – jakby przeszyte szpadą – tak straszliwego doznaję bólu”. Ojciec Pio prosił Pana Boga w modlitwie, aby znaki znikły. I tak się stało. Pozostały jednak niewidzialne. 20 września 1918 r. Ojciec Pio ponownie po ośmiu latach otrzymuje widzialne znaki Chrystusowych ran – stygmaty. Tak je sam opisuje: „Siedziałem na chórze po odprawieniu Mszy św., kiedy owładnęła mną jakaś ociężałość, podobna do snu. Wszystkie moje wewnętrzne i zewnętrzne zmysły, a także dusza pogrążyły się w nieopisanym ukojeniu. Kiedy trwałem w takim stanie, zobaczyłem obok tajemniczą postać, podobną do tej, którą widziałem już 5 sierpnia, z tą różnicą, że ta miała ręce, nogi i bok ociekające krwią. Widok ten przeraził mnie. Doznałem uczuć, których nigdy nie zdołam opisać. Poczułem, że umieram i umarłbym, gdyby Pan nie podtrzymał tłukącego się w piersiach serca. Kiedy tajemnicza postać znikła, spostrzegłem, że moje dłonie, stopy i bok przebity ociekają krwią. Proszę sobie wyobrazić mękę, jakiej wówczas doznałem i doznaję nieustannie każdego dnia. Rana serca krwawi obficie, zwłaszcza od wieczora w piątek do soboty rano”.

 

Spowiednik

Ojciec Pio poświęcił się bez reszty konfesjonałowi. Spowiadał przez 52 lata. Nie był ani wybitnym kaznodzieją, ani znanym wychowawcą, ale mistrzem ludzkich sumień. Wielu mówiło, że każdego „widzi od środka”. By wyspowiadać się, pielgrzymi z najdalszych zakątków świata czekali nawet dwa tygodnie. Wokół klasztoru rozbijali namioty albo spali pod gołym niebem. Otrzymywali numerki imienne i czekali na swoją kolej. Porządku pilnowali dyżurni .Oprócz nadzwyczajnych znaków, które nosił na swoim ciele, Ojciec Pio posiadał zdolność widzenia wnętrza duszy człowieka dzięki natchnieniom Boga. Ta zdolność objawiała się zwykle podczas spowiedzi. Często przypominał penitentom grzechy, których nie wyznali. Jeśli przeoczenie było niezamierzone i chodziło o grzechy powszednie, wszystko kończyło się dobrze. Jeśli natomiast ktoś celowo próbował ukryć swoje grzechy i jeśli chodziło o grzechy ciężkie, wówczas upomnienia Ojca Pio były gwałtowne, czasem przykre i niejednokrotnie zdarzało się, że taką osobę z hukiem odsyłał od konfesjonału. Ale również poza spowiedzią Ojciec Pio posiadał zdolność wewnętrznego rozeznania. Zdarzało się, że upominał na głos człowieka z tłumu albo cofał swoją rękę od kogoś, kto chciał ją ucałować, albo też pomijał osobę przy udzielaniu Komunii świętej. Zawsze była tego przyczyna, o czym wiedziała tylko osoba dotknięta. Relacje ludzi, których wyspowiadał Ojciec Pio są bardzo podobne: był surowy i wymagający, a jednocześnie kochający jak prawdziwy ojciec.

Jego konfesjonał był „katedrą miłosierdzia”.

 

Prawdziwa Ofiara

„Świat mógłby istnieć bez słońca, lecz nie mógłby istnieć bez Mszy św.” – powiedział kiedyś Ojciec Pio.

„Gdy jestem z Jezusem utajonym w Najświętszym Sakramencie, bardzo mocno bije moje serce. Czasem wydaje mi się, że moje serce wyskoczy mi z piersi. Będąc przy ołtarzu, odczuwam niekiedy, że ogarnia mnie ogień i wprost nie potrafię tego opisać. I wydaje mi się, że z determinacją idę do tego ognia”.

Codzienna Eucharystia sprawowana przez 58 lat była sensem jego życia. Wstawał w środku nocy, aby się do niej przygotować. Po jej zakończeniu długi czas spędzał na modlitwie dziękczynnej. Nie było w kościele człowieka, który patrzyłby obojętnie na to, co działo się przy ołtarzu. Wielu kapłanów wyznało, że dopiero w San Giovanni Rotondo zrozumieli, czym jest Najświętsza Ofiara. Msza święta sprawowana przez ojca Pio trwała zazwyczaj ponad dwie godziny. Ludzie w napięciu śledzili każdy gest kapłana nie odczuwając upływającego czasu. Kapłan poruszał się powoli, jakby przygniatał go niewidzialny ciężar. Widać było, że cierpi.

To nie było zwykłe sprawowanie obrzędu, lecz prawdziwa Ofiara. Wszyscy, którzy w niej uczestniczyli mieli wrażenie, jakby naprawdę szli na Golgotę i stali u stóp Krzyża. Na czole Ojca Pio pojawiały się kropelki potu, z oczu płynęły łzy. Najtrudniejszy był moment Przeistoczenia. Zdarzało się, że przejmująca ciszę przerywał nagły szloch lub głośne wyznanie odzyskanej wiary. Widok przebitych dłoni unoszących Hostię wzruszał wszystkich. Kto choć raz uczestniczył we Mszy św. odprawianej przez Ojca Pio, nigdy tego nie zapomni.

Ostatnią Mszę św. Ojciec Pio odprawił w przeddzień śmierci, 22 września 1968 roku.

 

Zwyczajne cuda Ojca Pio

Krew pochodząca ze stygmatów Ojca Pio wydzielała nieopisanie przyjemną woń. Właśnie dlatego pewien lekarz badający stygmaty Ojca Pio lubił trzymać w szufladzie swojego biurka opatrunek, który pochodził z rany stygmatyka. Nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż lekarz ten od urodzenia pozbawiony był zmysłu węchu. Nie wszyscy przebywający w jego gabinecie cokolwiek czuli, wielu jednak pytało: „Skąd pochodzi ten osobliwy zapach?”.
Również dr Sala, lekarz obecny przy śmierci Ojca Pio, dał świadectwo obecności tej miłej woni. „Kiedy ubierałem Ojca Pio w habit, który nosił przed śmiercią, nagle ogarnął mnie ten sam bardzo mocny zapach, jaki czułem tak wiele razy podczas moich prawie codziennych spotkań z bratem z Pietrelciny „. Przyjemny zapach świętości nie jest zjawiskiem całkiem nowym i dotyczącym tylko Ojca Pio. Również inni święci – choćby św. Teresa od Dzieciątka Jezus – posiadali łaskę roztaczania wokół siebie miłych woni.

 

Wypadku nie było

Pewna kobieta z San Giovanni Rotondo szła w lesie do tyłu zbierając jadalne kasztany. Nagle poczuła niezwykły i bardzo miły zapach. Zatrzymała się i wtedy spostrzegła, że wystarczyłby jeszcze jeden jej krok do tyłu, a znalazłaby się na dnie głębokiego urwiska! Kiedy wróciła do miasteczka, spotkała Ojca Pio, który grzecznie ją napomniał: „Następnym razem patrz, gdzie stawiasz nogi!”

 

Bez słów

W 1910 roku Ojciec Pio przebywał w swojej rodzinnej Pietrelcinie. Dla proboszcza don Salvatore wiązał się z tym pewien kłopot. Niektórzy parafianie skarżyli się mianowicie, że Msze św. odprawiane przez Ojca Pio trwają zbyt długo. Don Salvatore był zmuszony siadać w głębi kościoła i czuwać. Kiedy Ojciec Pio wpadał w uniesienie i przeciągał którąś z modlitw, proboszcz przekazywał mu w myślach nakaz, aby kontynuował Mszę… i Ojciec Pio okazywał posłuszeństwo.

 

Niewidoma dziewczynka odzyskuje wzrok!

Gemma Di Giorgi urodziła się niewidoma. Nie posiadała źrenic. Lekarze nie dawali żadnej nadziei, by kiedykolwiek mogła odzyskać wzrok. A jednak 18 czerwca 1947 roku, w dniu swojej Pierwszej Komunii, którą przyjmowała z rąk o. Pio… zaczęła widzieć!
Dziewczynkę zaprowadzono do słynnego okulisty, który musiał przyznać – choć z medycznego punktu widzenia było to nieprawdopodobne, bo oczom dziewczynki nadal brakowało źrenic – że dziecko rzeczywiście widzi!

 

Cudowny powrót do zdrowia

Pewna 24 letnia kobieta, Józefina M., w następstwie wypadku utraciła władzę w prawej ręce. Pomimo wysiłków i wielu operacji lekarze musieli skapitulować. Nie zrobił tego jednak ojciec młodej kobiety, który postanowił zabrać córkę do San Giovanni Rotondo. Ojciec Pio przyjął ich i obiecał uzdrowienie. Trzy miesiące później, w rocznicę otrzymania stygmatów przez św. Franciszka – w mieszkaniu rodziców Józefiny rozszedł się miły zapach. Ku zdziwieniu wszystkich utrzymywał się przez kwadrans. Przyczyna tego niezwykłego zjawiska stała się jasna dopiero, gdy okazało się, że ręka córki jest zdrowa. Ojciec Pio dotrzymał obietnicy!
Nie, generale! Czasem Ojciec Pio stawał się dziwnie „nieobecny”. Kto go dobrze znał, nie niepokoił, się tym faktem. Wiedziano, że zakonnik obok innych zdumiewających darów posiadał i ten – bilokacji – mógł mianowicie przemieszczać się na odległość i przebywać w dwóch miejscach jednocześnie.
Tę zdolność wykorzystał, by uratować od grzechu i śmierci włoskiego generała Cardone. Po przegranej bitwie ten nieszczęśliwy człowiek postanowił popełnić samobójstwo. Wszedł do namiotu i zabronił komukolwiek tam wchodzić. Zdumiał się bardzo, gdy nagle ujrzał przed sobą kapucyna, który zwrócił się do niego słowami: „Nie zrobi pan tego, generale!”. Oszołomiony wyskoczył z namiotu i wezwał wartownika: „Dlaczego pozwoliłeś wejść temu kapucynowi?” Żołnierz zdecydowanie stwierdził, że nikt do namiotu nie wchodził. Po wojnie, kiedy Ojciec Pio stał się sławny, generał dowiedział się, kto go uratował. Postanowił udać się po cywilnemu do San Giovanni Rotondo. Kiedy znalazł się w pobliżu o. Pio, ten rozpoznał go od razu i przesłał mu porozumiewawczy uśmiech!

300. rocznica kanonizacji św. Stanisława Kostki

18 września 2026

Grób znajduje się w Kaplicy Św. Stanisława Kostki przy kościele Św. Andrzeja na Kwirynale w Rzymie. Relikwie są również obecne w Polsce – m.in. w Sanktuarium Św. Stanisława Kostki w Rostkowie i w kościele Św. Stanisława Kostki w Sulechowie oraz w kościele Św. Jakuba Apostoła i Św. Anny w Przasnyszu.

Stanisław Kostka urodził się w październiku 1550 r. w Rostkowie, w wiosce położonej około 4 kilometrów od Przasnysza, na Mazowszu, w diecezji płockiej. Ojcem Stanisława był Jan Kostka, od 1564 r. kasztelan zakroczymski, a jego matką była Małgorzata z domu Kryska z Drobnina. Obie rodziny Kostków i Kryskich były w XVI w. dobrze znane. Stanisław Kostka miał trzech braci i dwie siostry. Oto co Stanisław powiedział o swojej rodzinie: „Rodzice chcieli, byśmy byli wychowani w wierze katolickiej, zaznajomieni z katolickimi dogmatami, a nie oddawali się rozkoszom. Co więcej postępowali z nami ostro i twardo, napędzali nas zawsze – sami jak i przez domowników – do wszelkiej pobożności, skromności, uczciwości, tak żeby nikt z otoczenia, z licznej również służby, nie mógł się na nas skarżyć o rzecz najmniejszą” .

Św. Stanisław swoje pierwsze nauki pobierał w domu rodzinnym. Jego nauczycielem przez pewien czas był Jan Biliński. W domu rodzicielskim przebywał do 14. roku życia. Następnie Stanisław razem ze swym bratem Pawłem rozpoczęli studia u jezuitów w Wiedniu, lecz gdy nowy cesarz Maksymilian w 1565 r. zabrał jezuitom konwikt, musieli przenieść się na stancję. Do jezuickiej szkoły w Wiedniu uczęszczało wówczas około 400 uczniów, a regulamin tej szkoły streszczał się w jednym zdaniu: „Taką pobożnością, taką skromnością i takim poznaniem przedmiotów niech się uczniowie starają ozdobić swój umysł, aby się mogli podobać Bogu i ludziom pobożnym, a w przyszłości ojczyźnie i sobie samym przynieść także korzyść”. Do pobożności miała zaprawiać studentów codzienna modlitwa przed lekcjami i po lekcjach, codzienna Msza św., miesięczna spowiedź i Komunia św. Początkowo Stanisławowi nauka szła trudno, ale pod koniec trzeciego roku należał już do najlepszych. Władał płynnie językiem ojczystym, niemieckim i łacińskim; uczył się też języka greckiego.

Trzy lata pobytu w Wiedniu to był dla Stanisława okres rozbudzonego życia wewnętrznego. Stanisław znał tylko drogę do kolegium, do kościoła i do domu. Swój wolny czas poświęcał na lekturę i modlitwę. Zadawał sobie pokuty i biczował się. Mimo sprzeciwu i próśb brata i kolegów nie zaprzestawał praktyk pokutnych. Intensywne życie wewnętrzne, nauka i praktyki pokutne tak bardzo osłabiły organizm chłopca, że bliski był śmierci. Zapadł w niemoc śmiertelną w grudniu 1565 r. Kiedy św. Stanisław był już pewien śmierci, a nie mógł otrzymać Wiatyku, gdyż właściciel domu nie chciał wpuścić katolickiego kapłana, wtedy św. Barbara, patronka dobrej śmierci, do której się zwrócił, w towarzystwie dwóch aniołów nawiedziła jego pokój i przyniosła mu ów Wiatyk. W tej również chorobie objawiła się Świętemu Matka Najświętsza i złożyła mu na ręce Boże Dzieciątko. Od Niej to doznał cudownego uleczenia z poleceniem by wstąpił do Towarzystwa Jezusowego. Nie było to rzeczą łatwą dla Stanisława, gdyż jezuici nie mieli zwyczaju przyjmować kandydatów bez woli rodziców, a on na nią nie mógł liczyć. Po wielu trudnościach i zmaganiach Stanisław został przyjęty do jezuitów najpierw na próbę, gdzie zadaniem jego było sprzątanie pokoi i pomaganie w kuchni, po pewnym jednak czasie, wraz z dwoma innymi kandydatami udał się Stanisław do Rzymu i na skutek polecenia prowincjała z Niemiec przełożony generalny przyjął go do nowicjatu. Rozkład zajęć nowicjuszów przedstawiał się następująco: modlitwa, praca umysłowa i fizyczna, posługi w domu i w szpitalach, dyskusje na tematy życia wewnętrznego i o sprawach kościelnych, konferencje mistrza nowicjatu i przyjezdnych gości. Stanisław czuł się szczęśliwy, że wreszcie osiągnął swój życiowy cel.

Przełożeni pozwolili Stanisławowi w pierwszych miesiącach 1568 r. złożyć śluby zakonne. Wielkim wydarzeniem w życiu św. Stanisława było przybycie 1 sierpnia w uroczystość Matki Bożej Anielskiej (dziś tę uroczystość obchodzimy 2 sierpnia) św. Piotra Kanizjusza, który zatrzymał się w domu nowicjatu i wygłosił dla nich konferencję. Po tej konferencji Stanisław powiedział do kolegów: „Dla wszystkich ta nauka świętego męża jest przestrogą i zachętą, ale dla mnie jest ona wyraźnym głosem Bożym. Umrę bowiem jeszcze w tym miesiącu”. Koledzy zlekceważyli sobie jego słowa. Jeszcze 5 sierpnia jeden z ojców zabrał Stanisława do bazyliki Najświętszej Maryi Panny Większej na doroczny odpust. Za kilka dni było święto Wniebowzięcia Matki Bożej. 10 sierpnia Stanisław napisał list do Matki Bożej i ukrył go na swojej piersi. Prosił by mógł odejść z tego świata w uroczystość Wniebowzięcia Maryi. Jego prośba została wysłuchana. W wigilię Wniebowzięcia Stanisław dostał silnych mdłości i zemdlał. Wystąpił na nim zimny pot i poczuł dreszcze, z ust zaczęła sączyć mu się krew. O północy zaopatrzono go Wiatykiem. Przeszedł do wieczności tuż po północy 15 sierpnia 1568 r., mając zaledwie siedemnaście lat.

Wieść o jego pięknej śmierci rozeszła się lotem błyskawicy po całym Rzymie. Wbrew zwyczajowi zakonu jezuitów ciało Stanisława przyozdobiono kwiatami. W dwa lata potem, gdy otwarto grób św. Stanisława, znaleziono jego ciało nietknięte rozkładem. W 1605 r. papież Paweł V zezwolił na zawieszenie obrazu św. Stanisława w kościele św. Andrzeja w Rzymie i na zawieszenie przy nim lamp, jak też wotów. Papież Klemens X w 1670 r. zezwolił jezuitom na odprawianie Mszy św. i na odmawianie pacierzy kapłańskich ku czci św. Stanisława. W 1674 r. ten sam papież ogłosił św. Stanisława Kostkę jednym z głównych patronów Korony Polskiej i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Te wszystkie fakty Stolica Apostolska uznała jako akt beatyfikacji. Św. Stanisław Kostka jest pierwszym Polakiem, który dostąpił chwały ołtarzy w Towarzystwie Jezusowym. Rok 1714 był rokiem, w którym papież Klemens XI wydał dekret kanonizacyjny, ale samego aktu kanonizacji dokonał papież Benedykt XIII dopiero w 1726 r. wraz ze św. Alojzym Gonzagą. W 1926 r., w 200. rocznicę kanonizacji odbyła się uroczystość sprowadzenia do Polski małej części relikwii św. Stanisława. W tych jubileuszowych uroczystościach wziął udział sam prezydent państwa, Ignacy Mościcki. Ciało św. Stanisława spoczywa w kościele św. Andrzeja Boboli w Rzymie w jego ołtarzu po lewej stronie.

Ku czci św. Stanisława Kostki wzniesiono w Polsce wiele świątyń, wśród nich piękną katedrę w Łodzi. Najpiękniejszy kościół pod wezwaniem św. Stanisława znajduje się w Nowym Jorku. Św. Stanisław Kostka należy do najpopularniejszych polskich świętych. Przed cudownym obrazem św. Stanisława w obecnej katedrze lubelskiej modlił się w 1651 r. król Jan II Kazimierz.

 

Mistyczne drzewo życia

13 września 2026

Pośród wielu czarnych krucyfiksów jest ten szczególny, ważny świadek historii naszej ojczyzny. Należał do królowej Jadwigi i wraz z jej relikwiami znajduje się w katedrze na Wawelu.

Święto Podwyższenia Krzyża Świętego obchodzone 14 września ma głębokie znaczenie teologiczne i duchowe dla wiernych Kościoła katolickiego, przypomina ono o męce i śmierci Jezusa Chrystusa na krzyżu, które stały się dla nas ludzi źródłem zbawienia. W liturgii tego dnia czytane są fragmenty Pisma Świętego dotyczące męki Jezusa i znaczenia krzyża w historii zbawienia.

Tego dnia nasz wzrok szczególnie kierujemy na krzyż, zarówno ten w świątyniach, przy drogach, czy na te maleńkie krzyżyki przy różańcu, czy też zawieszone na szyi. Jakikolwiek by nie był, w życiu człowieka ma swoje znaczenie i jest w nie wpisany.

W świecie znajduje się mnóstwo krzyży, od tego najważniejszego w Ziemi Świętej po krucyfiks zamarznięty w jeziorze Michigan. Jednak w tym artykule spojrzymy na krzyże o czarnej barwie.

Mistyczny charakter

Taki właśnie krzyż o czarnej barwie znajduje się w katedrze na Wawelu. Jest to krucyfiks, przed którym modliła się królowa Jadwiga Andegaweńska, która do Polski przywiozła go około 1380 r. I tutaj są dwie wersje, że wykonano go w Czechach bądź na Węgrzech. Wykonany jest z drewna lipowego. Rzeźba przedstawia Zbawiciela w naturalnej wielkości, z niezwykłą dbałością o anatomiczne szczegóły, co było charakterystyczne dla gotyckiej sztuki sakralnej tamtego okresu. A swoją nazwę zawdzięcza charakterystycznej ciemnej barwie, którą figura przybrała po XVII – wiecznej konserwacji, gdy lipowy wizerunek został pozłocony. Po kolejnej renowacji w XIX w. Chrystus pozostał czarny, co nadało mu jeszcze bardziej mistycznego charakteru. Sposób przedstawienia cierpienia Chrystusa na krzyżu odzwierciedla duchowość epoki i głębokie rozumienie teologii pasyjnej.

Ta drewniana figura Chrystusa rozpięta na krzyżu, od początku była otoczona szczególną czcią.

Niezwykły świadek historii

Jego historia kryje w sobie zarówno fascynujące dzieje Polski, jak i osobisty dramat młodej królowej Jadwigi Andegaweńskiej. Objęła ona tron Polski mając zaledwie dziesięć lat, często szukała ukojenia i duchowego wsparcia właśnie przed tym krzyżem. Żywiąc szczególne nabożeństwo do męki Pańskiej, wiele godzin spędzała na modlitwie przed krucyfiksem wypraszając łaski i pomoc w podejmowaniu decyzji. Także tej najtrudniejszej kiedy musiała wybrać małżonka, który miał zostać królem Polski. Kandydatów nie było wielu, jednym z nich był Wilhelm Habsburg, którego znała i kochała, a drugim nieznany jej książę litewski Jagiełło. 

Tradycja przekazuje, że w przeddzień ślubu z Jagiełłą, pogrążona w modlitwie Jadwiga miotająca się między powinnością wobec państwa a osobistym szczęściem, usłyszała głos Chrystusa z krzyża. Chrystus przemówił do niej, mówiąc: „Czyń, co widzisz”.  I te właśnie słowa miały przekonać Jadwigę do przyjęcia woli Bożej i poświęcenia swojego osobistego szczęścia dla dobra Polski i chrystianizacji Litwy.

Jan Długosz, ówczesny kronikarz pisał, że modlitwy królowej były pełne duchowego uniesienia. Świadkowie wspominali o szczególnej aurze towarzyszącej jej modlitwom przed krucyfiksem, co przyczyniło się do powstania kultu tego miejsca. Kolejne legendy podają, że było więcej spotkań z Jezusem pod krzyżem. A jedna z nich mówi, że kiedy pewnego wieczoru zasmucona królowa wylewała przed Ukrzyżowanym żale i troski, nagle rozpięty na krzyżu Chrystus poruszył się i przemówił do Jadwigi. Wytłumaczył jej, że każde cierpienie jest cząstką Jego krzyża i przynosi pożytek. Poprosił królową, by podczas życiowych burz zachowała spokój ducha. Posłuchała tej prośby. 

Trzeba zaznaczyć, że to ona zleciła pierwsze w historii Polski tłumaczenie Księgi Psalmów na język polski, ufundowała wiele nowych kościołów i uposażyła już istniejące klasztory. Uzyskała zgodę papieża na utworzenie fakultetu teologii na Akademii Krakowskiej.

Symbol pobożności

Królowa Jadwiga nie była jedyną świętą, do której przemówił Ukrzyżowany. Tej łaski miały doświadczyć także św. Jadwiga Śląska, i bł. Kinga oraz św. Brygida Szwedzka. Czarny krucyfiks stał się także znakiem głębokiej duchowości narodu polskiego. Przed nim modlili się także kolejni władcy, dostojnicy Kościoła, jak i zwykli wierni. Krucyfiks był świadkiem najważniejszych wydarzeń w historii Polski i jest symbolem duchowego dziedzictwa naszego kraju. 

Mimo upływu lat wciąż przemawia przypominając kolejnym pokoleniom o wartościach, na których budowana była nasza tożsamość narodowa i religijna. Jego historia przypomina o wartości poświęcenia dla dobra wspólnego i o sile wiary w najtrudniejszych momentach życia. Szczególnym czcicielem tego krucyfiksu był św. Jan Paweł II. Jeszcze kiedy był metropolitą krakowskim, w sposób szczególny troszczył się o pamięć i kult królowej Jadwigi. Niemal wszystkich odwiedzających go gości prowadził do grobu monarchini, przy którym również zatrzymywały się procesje liturgiczne. O krzyżu tym wielokrotnie wspominał w swoich kazaniach i w czasie pielgrzymek do Krakowa. 

I tak w 1987 r. wskazując na czarny krucyfiks powiedział: „Wiele skarbów kryje w sobie katedra wawelska. Wśród tych skarbów krzyż królowej Jadwigi pozostaje miejscem szczególnego świadectwa. Strzeżcie tego skarbu w sposób szczególny, tak jak strzegły pokolenia”.

Po dziś dzień czarny krucyfiks pozostaje jednym z najważniejszych obiektów kultu w katedrze wawelskiej. Jego umiejscowienie nie jest przypadkowe. Pod cudownym krucyfiksem w 1942 r. złożono relikwie władczyni, która 8 sierpnia 1986 r, została beatyfikowana. Wtedy też decyzją kardynała Franciszka Macharskiego miejscem jej czci został ołtarz krucyfiksu. W ten sposób historia niejako zatoczyła krąg.

Z otwartymi oczami

Kolejnym niezwykłym wizerunkiem Chrystusa jest Jego figura z toskańskiej katedry. Ten region Włoch posiada wiele niesamowitych opowieści, których geneza sięga nawet dziesiątki wieków wstecz. Jedną z nich jest właśnie historia Świętego Oblicza w katedrze Świętego Marcina w mieście Lucca. 

Ten drewniany krucyfiks, który jest najcenniejszym obiektem w katedrze, uważany jest za prawdziwy wizerunek Chrystusa wyrzeźbiony według legendy przez Nikodema. Dla przypomnienia Nikodem to uczeń Chrystusa, który zabrał ciało Chrystusa, by godnie je pochować. Nie czuł się jednak godny, by wyrzeźbić oblicze Zmartwychwstałego. Kiedy więc zasnął, podobno sam anioł stworzył święte rysy twarzy. W średniowieczu wierzono w prawdziwość tej legendy i myślano, że krucyfiks nie jest kopią, a dziełem oryginalnym z pierwszego wieku.

Święte oblicze Zbawiciela to ponad dwumetrowy krucyfiks wykonany z drewna cedrowego i pokryty węglem. Chrystus jest na nim przedstawiony w sposób nieco inny niż jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Postać Jezusa jest bowiem odziana w orientalną tunikę. Nie widać zatem śladów cierpienia, których doznał podczas męki. Twarz Chrystusa jest wykonana z wielką dokładnością i jak piszą znawcy, rysy twarzy są wschodnie, a według badań pokrywają się z twarzą na Całunie Turyńskim. I tym co odróżnia ten wizerunek od innych, to szeroko otwarte oczy.  Przez wiele lat myślano, iż krucyfiks pochodzi z XII lub XIII w. Tymczasem niedawne badania w 2020 r. radioaktywności izotopów potwierdziły jego pochodzenie z przełomu VIII i IX w. To sprawia, iż jest to jeden z najstarszych krucyfiksów na świecie.

Każdego roku mieszkańcy Lucca hucznie świętują uroczystość związaną z Volto Santo. 13 września wieczorem z kościoła Świętego Frediano wyrusza wielka procesja, a cała trasa jest oświetlona przez ręcznie wykonane lampiony. Procesja jest tak liczna, że ostatnie osoby wychodzą z kościoła San Frediano, a pierwsze już są w katedrze. Chrystusa ubrany jest na ten czas w ozdobną tunikę, koronę i klejnoty przechowywane w muzeum katedralnym. Na co dzień krucyfiks znajduje się w kaplicy w katedrze w Lucca.  

Miejsce pojednania

Zauważę jeszcze, że czarny Chrystus czczony jest w całej Ameryce Środkowej, a głównym ośrodkiem jest sanktuarium w Esquipulas w Gwatemali. Tam swoją cześć odbiera od XVI wieku. Sanktuarium, w którym znajduje się czarny Chrystus, uznawane jest za miejsce pojednania, gdyż tam prowadzono rozmowy pokojowe, które zaowocowało podpisaniem porozumienia pomiędzy sandinistami a przedstawicielami „contras” z Nikaragui w 1986 r. I tutaj krucyfiks każdego roku obnoszony jest w procesji po ulicach miasta. 

W 1979 r. sanktuarium w Esquipulas zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. 

Tekst: Arleta Wencwel-Plata/opiekun.kalisz.pl/
Zdjęcie: Łukasz Michalak/parafia archikatedralna św. Stanisława B.M. i św. Wacława M.

Uroczystości pogrzebowe w Łodzi dziesięciorga dzieci – ofiar niemieckiego obozu przy ulicy Przemysłowej w Łodzi (1942–1945)

10 września 2026

II wojna światowa przyniosła wiele zniszczeń i ludzkich tragedii. Właśnie z tym okresem wiąże się Pomnik Martyrologii Dzieci.

Pomnik Martyrologii Dzieci znajduje się w parku Szarych Szeregów, u zbiegu ulic Brackiej i Staszica, a z drugiej strony Marysińskiej. Odsłonięto go w 1971 roku, w specjalnie zbudowanym na tę okoliczność parku. Najpierw nosił on nazwę Parku Promienistych, a po 1990 roku przemianowano go na Park imienia Szarych Szeregów. Pomnik Martyrologii Dzieci zaprojektowała Jadwiga Janus, a założenie architektoniczne Ludwik Mackiewicz.

Pęknięte Serce, jak również jest nazywany pomnik, jest hołdem dla dzieci i młodzieży, którzy zostali osadzeni i zamordowani w obozie „wychowawczym”, utworzonym przez Niemców na terenie łódzkiego getta. Obóz ten znajdował się przy ulicy Przemysłowej, a zatem bardzo blisko parku. Obóz dla polskich dzieci i młodzieży (od 8 do 16 roku życia) stworzono w grudniu 1942 roku. Oficjalnie przebywały w nim dzieci i młodzież, które uznano za młodocianych przestępców. Tak naprawdę przetrzymywano tam małych Polaków, których rodzice przebywali w hitlerowskich więzieniach. Przez obóz przewinęło się 5 tysięcy małych więźniów. Przebywali w fatalnych warunkach, ciężko pracowali. Szalejący na przełomie 1942 i 1943 roku tyfus spowodował śmierć 1/3 mieszkańców obozu.

Pomnik Martyrologii Dzieci przedstawia 8-metrowe, pęknięte serce, z jednej strony widać pustą przestrzeń w kształcie dziecka, z drugiej strony serca postać wychudzonego dziecka, stojącego plecami do widza. Obok znajduje się tablica z napisem: „Odebrano Wam życie, dziś dajemy Wam tylko pamięć”.

Niebywale smutne miejsce, przypominające o trudnej historii. Polecamy wybrać się tam na spacer i przekonać się na własne oczy jakie wrażenie robi Pęknięte Serce.

Tekst na podstawie: Ryszard Bonisławski, Joanna Podolska , Spacerownik Łodzki

 

„Mały Oświęcim” w Łodzi… o którym mało kto słyszał. To był jedyny obóz koncentracyjny dla KILKULATKÓW w okupowanej Polsce. Po ponad 80 latach w Łodzi pochowano dziesięcioro dzieci, ofiar niemieckiego obozu dla polskich dzieci przy ulicy Przemysłowej. Ich szczątki odnaleziono podczas prac Instytutu Pamięci Narodowej. Dwoje udało się zidentyfikować, byli to Zdzisław Kafarski i Henryk Słaboszewski.
To jedna z najtragiczniejszych, a przez wiele lat jedna ze zdecydowanie zbyt mało znanych historii II Wojny Światowej w Łodzi, nieznana również szerzej w kraju.
… Kiedy mieszka się na obszarze dawnego obozu, obecnie będącego osiedlem mieszkaniowym, trudno patrzeć na tę historię wyłącznie jak na kolejny rozdział II wojny światowej. Odbiera się to osobiście.
Obóz funkcjonował w latach 1942–1945, na terenie wydzielonym z łódzkiego getta, a więc „od świata” ogradzał go nie jeden, ale dwa płoty. Stąd wiedza o jego istnieniu była bardzo mocno ograniczona. Ulokowano go w rejonie ulic Przemysłowej, Emilii Plater i Górniczej. Przeszło przez niego około 2 do 3 tysięcy polskich dzieci, przeważnie od ósmego do szesnastego roku życia. Ale były też młodsze, nawet niemowlęta. Ze Śląska, z Wielkopolski, Mazowsza i okolic Łodzi. Z całej Polski, a nawet z zagranicy. Około 200 z nich nie przeżyło. Trafiały tam dzieci osób należących do ruchu oporu i rodzin represjonowanych przez Niemców, ale również dzieci uznane przez okupanta za zaniedbane, włóczące się czy sprawiające problemy. Były głodzone, bite, poniżane i zmuszane do ciężkiej pracy. Choroby, zimno, fatalne warunki sanitarne i niedożywienie były codziennością.
Za każdą z tych liczb stoi konkretne dziecko. Zdzisław Kafarski został brutalnie pobity za to, że z głodu sięgnął po chleb. Powieszono go za nogi i podtapiano w kanale z nieczystościami. Edmund Agaciński został zatrzymany, kiedy wyszedł po mleko dla swojej małej siostry. Z obozu już nie wrócił. Zastrzelono go podczas próby ucieczki.
I takich historii 2, 4, 7 czy 12-letnich dzieci były tam setki. Jako matce… aż trudno mi sobie to wyobrazić.
Dobrze, że o tej historii usłyszała teraz cała Polska. Na uroczystości pogrzebowej obecny był Prezydent RP Karol Nawrocki. Powiedział wtedy: „Polska powróciła dziś po swoje dzieci”. Po ponad osiemdziesięciu latach te dzieci dostały wreszcie godny pogrzeb. Ich imiona zostały ponownie wypowiedziane, a ich historie przypomniane.

Szczegóły tej historii znajdują się w książkach:
– „Dzieci, których nie ma” Renaty Piątkowskiej oraz
– „Mały Oświęcim: dziecięcy obóz w Łodzi”, napisana przez Błażeja Torańskiego i Jolantę Sowińską-Gogacz.
– „Hitlerowski obóz koncentracyjny dla małoletnich w Łodzi” – Józef Witkowski
– „Chcę żyć” – Tadeusz Raźniewski
– „Dzieci z zielonego autobusu” Artur Ossowski
– „Przemysłowa Concentration Camp The Camp, the Children, the Trials” – Katarzyna Person, Johannes-Dieter Steinert

Bo o tych dzieciach po prostu nie wolno zapomnieć!!!

Autorka tekstu: Klaudia Domagała

 

Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z ustawieniami przeglądarki. Możesz w każdej chwili zmienić ustawienia cookies w swojej przeglądarce — blokować lub usuwać pliki cookies. Wyłączenie niektórych rodzajów cookies może ograniczyć funkcjonalność strony.